Czasem myślę, że ludzie nie istnieli, dopóki ich nie poznałam.
Wierzę, że otaczam się inspirującymi ludźmi. Czasem próbuje wyobrazić sobie, kogo i jak inspirowali, zanim zaczęli wypełniać moje życie.
Pytasz mnie o to, jak żyłam
póki cię nie spotkałam
cóż, nie wiem, jaka byłam
myślałam, kochałam, spałam...
Ty sama byłam i inna.
Gdzie podziewali się ludzie, zanim rozgościli się w mojej rzeczywistości?
Chodzi mi o tych, którzy wypełniają nasz świat, nawet jeśli nie mają dla nas kluczowego znaczenia. Jeśli nie mamy do czynienia z jakąś subtelna patologią, my też ich świat po kawałeczku wypełniamy, znamy plany (na życie i na weekend), niepokoje (te budzące zaledwie irytację i te każące zbaczać z obranej drogi) i ulubione smaki jogurtów. My określamy ich miejsce w rzeczywistości, a oni nasze. A przecież zanim pierwszy raz ich zobaczyliśmy – nie zawsze zderzeniem oczu jak zderzenie planet – nie wisieli w jakiejś próżni. Ich życie (czyli plany, niepokoje i jogurty) istniało i miało się dobrze bez nas.
Nie, nie sugeruję, że świat moich znajomych był uboższy, nudniejszy czy bezpieczniejszy, zanim mnie poznali, bo przecież do życia Oćki wniosłam ledwie parę szampanów nad rzeką, a Karolina dzięki mnie wzbogaciła się o Lie To Me. Nie zamierzam też dramatyzować, że jakakolwiek egzystencja przeze mnie zubożała, większego chojraka ode mnie trzeba do takiego celu. Jakoś nie chce mi się też wierzyć, że moja osoba była punktem docelowym i sensem życia dla kogokolwiek (chociaż w paru przypadkach mogłam robić za całkiem przyzwoitą długoterminowa przystań), żeście byli bezdomni przed trafieniem do mego serca i lędźwi.
Ja po prostu próbuję sobie wyobrazić, jak czesała się O., zanim pierwszy raz ją zobaczyłam.
Albo którędy T. chodził do szkoły, zanim się poznaliśmy.
Albo czy S. przechodził kiedykolwiek wcześniej pod moim domem, kiedy nie wiedział jeszcze, że to mój dom.
Jaką piosenkę najbardziej lubiła w liceum M.
A może W. kiedyś w zamyśleniu zagryzała wargi, ale przestała to robić, zanim się spotkałyśmy.
I jest zupełnie bezużyteczne, że opowiedzą mi o tym, pokażą na mapie czy na zdjęciach. Już na zawsze pozostanie faktem, że kiedyś byliśmy sobie obcy. Jeśli wyobrażenie sobie, że można kogoś stracić, jest nieprzyjemne, to o ile gorsze jest pomyśleć, ze można było tego kogoś nigdy nie zyskać? Dygresja.
Nie chcę zbaczać z tematu i zastanawiać się, o ile inaczej wyglądałoby moje życie bez pewnych ludzi, bo nawet dla mnie nie jest to specjalnie interesujące. Po prostu czasem widzę jaśniej niż zwykle, jak wybiórczo patrzę na ludzi, których wydaje mi się, że znam na wskroś. Te szczegóły są zupełnie bez znaczenia, nawet nigdy o nie zapytam zainteresowanych, bo ta notka nie jest o tym, ze chciałabym się dowiedzieć, tylko o tym, że nie wiem.
Gdybym potrafiła ujmować myśli zwięźle, to zamiast tych ośmiu akapitów napisałabym „Oż w mordę, wygląda na to, że świat jednak nie kręci się wokół mnie!”.
Refleksje sponsorowało znalezienie w Tokarczuk zakładkoświstka M., zawierającego pewną zdumiewającą notatkę