przebiegłam drogę czarnemu kotu
Blog > Komentarze do wpisu
« HEJ HEJ, JESTEM COMPLICATED!
Lou, tak sobie myślę, że to ... »

A to już Kraków
To był męcząc dzień. Wróciłam do Krakowa. Już tęsknię za Borzeną. Napisane tydzień temu.

Rano urządziłam sobie półgodzinną przebieżkę, a tak właściwie to triathlon – półkłus przez park, połączony z dźwiganiem ciężarów i wyścigami monster trucków (gdybyście mieli okazję wprawić w ruch moją walizkę, ta ostatnia kategoria wydałaby wam się całkiem sensownym porównaniem, wierzcie mi). Odniosłam dwa upajające sukcesy – po pierwsze nie spóźniłam się, a po drugie wsiadłam do właściwego pociągu. Zresztą, tym razem byłam jak snajper – walizka wkluczała ponowny wybór.

Przy tych rozrywkach bieganie po przystanku, żeby zdążyć na 124 i balansowanie w intrygująco zrywnym autobusie (postawa wyjściowa: w jednej garści uchwyt od walizki, w drugiej plecak, a trzecią się żarliwie modlimy do wszystkich znanych bóstw przyczepności) to była radosna zabawa. Prawie tak radosna, jak żwawy marszobieg człapiący moją bezpoboczową ulicą. Czuli policjanci w radiowozie aż się zmartwili, czy ja wiem, że powinnam iść drugą stroną ulicy. Dowiedzieli się, że ta strona, którą idę, zawiera śladowe ilości pobocza. Zostawiłam ich tam, ale trochę się boję wyjść z domu. Pewnie czekają na mnie z ciętą ripostą.

Zagadka: po tych wszystkich wyczynach, po wtarganiu walizy (schodek po schodku, oddychamy, a parę razy to mi się udało jednym ciągiem trzy schodki przejść) i rozkulbaczeniu się, co robimy?
Zamieniamy miejscami łóżko i kanapę, bo lubimy mieszkać po prawej stronie pokoju i koniecznie chcemy mieć kanapę (jako wyjście awaryjnej na wypadek wizytacji z poznania). Uprzedzając pytania: tak, mogłam to zrobić po odpoczęciu. Tak, kanapa jest standardowo toporna, ciężka i trzeba było ją najpierw obrócić o 180 stopni. Tak, chyba mnie pogrzało. Ale za to łóżko ma dwa kółeczka przy nóżkach! Co prawda się nie ruszają, ale dodał mi otuchy.

W wakacje w moim ślicznym pokoiku stacjonował szwadron ruskich i moje wspaniałe, ogromniaste biurko mi zajebali. Wstawili za to jakiś bezsensowny stoliczek, który nie ma ani szufladek, ani szafki, ani narysowanych penisów. Ale będzie miał, jesli mi ruscy biureczka nie oddadzą.

Poza tym, ten szwadron ruskich był trochę mniej leniwy ode mnie i kupił w tesko ścinki firan, przyciął równiutko (!) i przyczepił w oknach. Moje moskitiery mają szansę przetrwać tylko dzięki ludowym podaniom. I zasłony wyglądają prawie jak wyprane.

Po tych wygibasach łóżkowych padłam i udawałam martwą, więc odmówiłam pójścia na spożywcze zakupy. Wygrzebałam całe jedzonko, które mi tutaj zostało i mój obiad składał się dziś z puszki manadrynek, resztki czekoladowych płatków do mleka, puszki tuńczyka i tych fajnych ryżowych kółeczek. Jak widać, tarta Oćki nawet się do mojej kuchni nie umywa.

Pisze to do was, żuczki kochane, popijając theraflu i niezbyt rozumiejąc, jak w ciągu tych kilku godzin udało mi się z powrotem tu zamieszkać.

czwartek, 07 października 2010, zjawa.realna
poleć znajomemu » śledź komentarze (rss) »
Tagi: już krakowsko - ale jeszcze nie spleen
Dodaj komentarz »
statystyka
Pisz swój dziennik w Internecie
Pisz blog
Dodaj blog do ulubionych
Wersja mobilna
Blox.pl
poprzedni blog załóż bloga następny blog