To nie jest tak, ze nic się nie dzieje. Mogłabym opowiedzieć różne rzeczy, o tym jak nieszczęśliwym splotem zdarzeń przez dwa dni miałam dziewczynę albo jak po dwakroć prawie nie umarłam na śmierć (raz przez bombę w pociągu, a raz przez prawdziwe gniazdo prawdziwych szerszeni). Albo chociażby o tym, jak kot mi wskoczył do wanny. Wszystko jest ciekawsze od pasztetu. No, może poza drugim sezonem CSI: Las Vegas.
Ugotuj seler, duży seler, albo dwa małe selerątka. W sumie nie musisz go gotować, możesz go mocno przytulić i siłą swojej miłości sprawić, że zmięknie. Gorzej, jeśli Ty go przytulisz, a on stwardnieje. Historia zna takie przypadki, z reguły kończyły się wspólnym oglądaniem anime. Dlatego zawsze lepiej seler ugotować.
Zetrzyj frajera na wióry. Możesz też zgwałcić mu żonę i psa. W celi zwiększenia satysfakcji przed starciem go obierz. Selera, nie psa.
Trzeba się z tym u-por-ać. Ostrzegam - jeśli nie przestaniesz marudzić na moje żałosne gry słowne, to na tym skończymy robienie pasztetu.
Dalej możesz czytać tylko pod warunkiem, że przestałaś uważać moje żarty za żałosne. Możesz pokroić pora (najlepiej na pół i w plasterki). Weź taką raczej większą miskę (co najmniej taką, do której zmieściłby się Koszula), tego selera tam właduj, pora, mielone mięsko (tak z pół kilo), wbij od czterech do sześciu jajek (jeśli jesteś almarą, to nie musisz uważać na skorupki, bo to i tak nic ci nie da, i tak wpadną). Możesz mieszać, ale nie musisz. I tak trzeba będzie to z innymi rzeczami zamieszać, więc po co już teraz się męczyć. Nie, nie możemy tego pomieszać mikserem. Raczej.
Cebulkę wykostkowaną (rozmiar XXL, kupisz np. w sklepie dla kobiet w ciąży albo w tesko, bo słyszałam, ze masz bony na zakupy tam) zrumień na patelni. Można wrzucić do niej plasterowate pieczary. Ile tylko chcesz.
To dobry czas, żeby otworzyć drugie piwo.
Dosyp do miski bułki tartej, tak ze szklankę. Cebula się pali, cofasz się o dwa pola. Na suchej patelni podsmaż wyłuskany słonecznik i wrzuć do miski. (Jeśli zrobiła się w międzyczasie kopiata, to znaczy, że Koszula potrafi być bardziej .rar niż sądziłam.) Znaczy bez słonecznika też ten pasztet może istnieć, ale na tej samej zasadzie, co Dżem bez Riedla. To samo z żółtym serkiem, tyle że bez podsmażania. No i trzeba w kostkę pokroić. Nie, to jednak nie to samo.
Nie wiem, czy napisałam wcześniej, że zrumienioną cebulkę i zwęglone pieczarki też trzeba wrzucić do tej miski obfitości. Jeśli jeszcze tego nie zrobiłaś, to to jest dobry moment.
Otwórz trzecie piwo. Jeśli Twoja przyjaciółka jest tak niewiarygodnie pomocna, że gra właśnie w mahjonga, to jej pomóż. Poza tym nagrzej piekarnik, wyłóż formę papierem i takie tam nudy. I weź coś zrób z tym mahjongiem, naprawdę.
W sumie teraz jest tego wszystkiego w misce strasznie dużo i niewygodnie mieszać, więc każ to zrobić komuś innemu.
W ramach przyprawiania wrzuć do miski absolutnie wszystek czosnek, jaki masz w domu. Pożycz też od sąsiadów. Poza tym pieprznij, trochę przywegetuj, orgazm w ustach sponsoruje świeża bazylia, oregano, garść kminku (najfajniejszy w tym interesie jest taki ziarnisty, ale od biedy mielony też ujdzie). Jak będzie lato, to Ci dam taczkę lubczyku, bo mam tego na działce straszną ilość. A też jest dobry do pasztetu tego. Tymianek też jest fajny.
Jeśli chodzi o pieczenie tego, to naprawdę nie jestem zbyt pomocna, bo ustawiam piekarnik jak się zdarzy (ale powiedzmy, że to będzie jakieś 180 – 190 stopni) i piekę, dopóki sobie nie przypomnę, że trzeba wyłączyć. Ale gdzieś tak z godzinę, może trochę więcej.
We wszystkich gazetach o gotowaniu przy przepisie jest taka ramka z jakimś sprytnym sposobem na coś, wiesz, że sparzony pomidor się łatwiej obiera, albo że bazylię trzeba rozgnieść w palcach. Ja też mam taką sprytną radę dla moich wiernych czytelników. Powiedzcie, że strasznie się zmęczyliście gotowaniem i każcie ten bajzel posprzątać komuś innemu.